Oswajanie świata

Oswajanie świata
A klezmer walczyka wolno gra tarara tarara

piątek, 27 lipca 2007

Atuty Atutu

Atuty Atutu
Czyli notka o pracy tam gdzie turysta czuje się samotnie oraz o tym czy warto.


Na co człowiek patrzy przeglądając oferty pracy? Liczą się dobre warunki, dobra kasa i praca taka żeby przypadkiem sie nie zmęczyć za bardzo. Co mnie skierowało do Atutu zatem?
Bar piwny Atut, uchodzący za największą meline w Gdyni gdzie piwo lane kosztuje 2,70 a klientami są głównie pracownicy stoczni którzy ostatnio trzeźwi byli na własnej Pierwszej Komuni, nie ma ani odpowiedniej płacy, biegać trzeba tak że nogi w dupe wchodzą a warunki są, delikatnie mówiąc, ciężkie. Właściwie nikt o zdrowych zmysłach nie brałby tam roboty.
Dlaczego po pierwszym dniu nadal tam pracuję? Robota od 9 rano do 22, zamiast napiwków orzygane kufle, narąbana przewracająca się o własne nieszczęście wiara i jak śpiewał Kaziu "wszystkie deski zasikane, wszystkie kible osrane".
Atut sprawia że człowiek z mało dziwiącego się zostaje człowiekiem nie dziwiącym się. To jest awans którego człowiek, jako kolektyw, nie zdobędzie nawet po kolejnych kilkunastu cyklach ewolucyjnych. Coś czego nie da praca w jakimś ładniusim Sfinksie, bogatej Vivie czy jako pracownik ochrony w Mariocie.
Nigdy nie ukrywałem że uważam starych meneli za ludzi bardziej wartościowych od doktorów uniwersyteckich. Teraz mam okazję z nimi przebywać częściej i obserwować. Co innego kiedy przechodzisz przez dworzec i leży tam taka pijana brudna przestroga. Przejdziesz obok, może przystaniesz, może pomyślisz, zastanowisz się nad tą śmierdzącą moczem przestrogą, ale prawdopodobnie pójdziesz dalej a przestroge bijąca z zapachu wymiocin i wina spłynie po tobie jak po kaczce. Co innego kiedy w pracy jesteś otoczony przestrogami, każdy stolik to conajmniej jedna przestroga i conajmniej dwa specjale. W takich warunkach czlowiek nabiera wartości, przechodzi przez dno nie upadając nisko, przechodzi przez dno obserwując dna innych.
I dlatego Atut, mimo wszystko, ma warość.
Kolejny obiecany punkt notki..... nie chce mi sie.

wtorek, 3 lipca 2007

Białe Noce. Część druga nocy pierwszej.

Obraz.

Widzimy postać w ciemnym pomieszczeniu siedząca z kubkiem czegoś, twarz zwrócona do okna. Postać solidnie zbudowana, dość duża, kubek w jej dłoni wydaje się niewielki. Zdaję się zawieszona w bezruchu, w kontraście do tła. Przez mokrą szybę widać błyski, burza.
Błysk za błyskiem ale nie słychać grzmotu, budzi to jakiś dyskomfort, widzimy błysk, czekamy na grzmot. Postać też czeka. Wygląda jakby myślała, dumała nad czymś, rytuał autodestrukcyjnego rozważania nad swoim losem, ale nie, postać ewidentnie czeka. Gdyby myślała nad czymś kolejne myśli przerywałaby łykiem herbaty a tak kubek jest zawieszony w bezruchu.
Kolejne błyski, oczekiwanie na grzmot, w tle słychać motyw fortepianowy Mansela ze "Źródła". Znowu, raz po razie "flesz" rozświetla pomieszczenie, postać dalej czeka na grzmot jakby był potwierdzeniem błysków, potwierdzeniem efektów rozmyślań, kropką.
Nagle postać wstaje, najwyraźniej niezadowolona z przerwanej słowiańskiej zadumy. Udaje się do toalety.
Grzmot. Seria potężnych grzmotów.
I tak o to potwierdzenie i kropka spłynęły w kiblu, myśli zespojone w oczekiwaniu grzmotu, który miał je ostatecznie zamknąć wybuchły tysiącami nic nie znaczących haseł.
Tak oto natura człowieka pokazała gdzie ma sferę duchową.

poniedziałek, 2 lipca 2007

Białe Noce

Gdzieś w roku 1848, Fiodor Dostojewski napisał:

"Była cudowna noc, taka noc, drogi czytelniku, jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodzi."

"Wydało mi się nagle, że mnie, samotnego, wszyscy opuszczają i że wszyscy odwracają się ode mnie. Naturalnie, każdy ma prawo zapytać: któż to ci wszyscy? Bo przecież już osiem lat mieszkam w Petersburgu i nie umiałem zawrzeć prawie żadnej znajomości. (...) cały Petersburg ruszył z miejsca i nagle wyjechał na letnisko. Samotność zaczęła mnie przerażać i całe trzy dni włóczyłem sie po mieście w głębokim przygnębieniu absolutnie nie rozumiejąc co się ze mną dzieje. Czy pójdę na Newski, czy pójdę do parku, czy włóczę się po bulwarze - ani jednej twarzy spośród tych które przyzwyczaiłem się spotykać na tym samym miejscu, o określonej godzinie, przez cały rok.

"Noce moje zakończyły się porankiem. Dzień był brzydki. Padał deszcz i ponuro dzwonił w szyby, w pokoiku było ciemno, na dworze pochmurno".

W roku 2007. Jarek Dylewski przytoczył.
Ot tak, z czystej potrzeby.


Teraz pada deszcz, a ja zamiast reagować, zastanawiam się, czy warto iść ściągnąć pranie ze sznurka.