Oswajanie świata

Oswajanie świata
A klezmer walczyka wolno gra tarara tarara

czwartek, 25 października 2007

Tratata...tratata....tratata....tratata

Powoli.
Czerstwe czasem myśli przez osrane szyby w chlupot gołębiego gówna uciekają.
A tam postaci medialne i ich liberalne ego, stukając kółkami o kocie łby starają się zwrócić na siebie uwagę. Na szczęście ludzie są na tyle wolni by ich nie rozpoznawać.
Dalej.
Uniwersytecki daleki od akademickiego śmierdzący zawistny klimat chce ci dokopać, zetrzeć w pył własnej głupoty. Dla zasady.
Żywiej.
Trupia podnieta towarzysząca zmianom władzy, ludowo-plemienna ekstaza. Wszyscy naćpani demokracją wskazują palcem na własną pierś i wyrzygują hasło, slogan prawdziwych demokratów, propagatorów wolności "To ja! To ja! Zabrałem babci dowód!". Tańce, opium, swawola, wolność nastała, po latach niewoli (dwóch), wolność prawdziwa! Nasza! Wybrana! Czas pokazać transwestytów w telewizji, niech żyje nasza wolność. Chwała niech będzie dewiacjom.
Martwiej.
Na rogu ulicy cyganka obojętna na wolność, wybraną czy nie, o monetę prosi. Sypie inwektywami na przechodniów, tyle ma tej wolności że za inwektywą może nawet posłać pocisk ze śliny. Niech żyje nasza wolność.

A klezmer gra swojego walczyka tra...ta-ta tra...ta-ta tra...ta-ta.

piątek, 7 września 2007

Katatonia

Wymyte deszczem betonowe chodniki, a nad nimi, w oknach, rozmazane kroplami smugi człowieka. Sylwetki od niechcenia człowiecze delektujące się swoim katatonicznym stanem... z widokiem na Wawel.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Koniec Atutów

Szukałem mędrców, znalazłem pijaków.
Szukałem niedocenionych, znalazłem kłamców.
Szukałem odrzuconych, znalazłem chamów.
Szukałem zagubionych, znalazłem oszustów.
Szukałem siebie, znalazłem Szprotkę


piątek, 27 lipca 2007

Atuty Atutu

Atuty Atutu
Czyli notka o pracy tam gdzie turysta czuje się samotnie oraz o tym czy warto.


Na co człowiek patrzy przeglądając oferty pracy? Liczą się dobre warunki, dobra kasa i praca taka żeby przypadkiem sie nie zmęczyć za bardzo. Co mnie skierowało do Atutu zatem?
Bar piwny Atut, uchodzący za największą meline w Gdyni gdzie piwo lane kosztuje 2,70 a klientami są głównie pracownicy stoczni którzy ostatnio trzeźwi byli na własnej Pierwszej Komuni, nie ma ani odpowiedniej płacy, biegać trzeba tak że nogi w dupe wchodzą a warunki są, delikatnie mówiąc, ciężkie. Właściwie nikt o zdrowych zmysłach nie brałby tam roboty.
Dlaczego po pierwszym dniu nadal tam pracuję? Robota od 9 rano do 22, zamiast napiwków orzygane kufle, narąbana przewracająca się o własne nieszczęście wiara i jak śpiewał Kaziu "wszystkie deski zasikane, wszystkie kible osrane".
Atut sprawia że człowiek z mało dziwiącego się zostaje człowiekiem nie dziwiącym się. To jest awans którego człowiek, jako kolektyw, nie zdobędzie nawet po kolejnych kilkunastu cyklach ewolucyjnych. Coś czego nie da praca w jakimś ładniusim Sfinksie, bogatej Vivie czy jako pracownik ochrony w Mariocie.
Nigdy nie ukrywałem że uważam starych meneli za ludzi bardziej wartościowych od doktorów uniwersyteckich. Teraz mam okazję z nimi przebywać częściej i obserwować. Co innego kiedy przechodzisz przez dworzec i leży tam taka pijana brudna przestroga. Przejdziesz obok, może przystaniesz, może pomyślisz, zastanowisz się nad tą śmierdzącą moczem przestrogą, ale prawdopodobnie pójdziesz dalej a przestroge bijąca z zapachu wymiocin i wina spłynie po tobie jak po kaczce. Co innego kiedy w pracy jesteś otoczony przestrogami, każdy stolik to conajmniej jedna przestroga i conajmniej dwa specjale. W takich warunkach czlowiek nabiera wartości, przechodzi przez dno nie upadając nisko, przechodzi przez dno obserwując dna innych.
I dlatego Atut, mimo wszystko, ma warość.
Kolejny obiecany punkt notki..... nie chce mi sie.

wtorek, 3 lipca 2007

Białe Noce. Część druga nocy pierwszej.

Obraz.

Widzimy postać w ciemnym pomieszczeniu siedząca z kubkiem czegoś, twarz zwrócona do okna. Postać solidnie zbudowana, dość duża, kubek w jej dłoni wydaje się niewielki. Zdaję się zawieszona w bezruchu, w kontraście do tła. Przez mokrą szybę widać błyski, burza.
Błysk za błyskiem ale nie słychać grzmotu, budzi to jakiś dyskomfort, widzimy błysk, czekamy na grzmot. Postać też czeka. Wygląda jakby myślała, dumała nad czymś, rytuał autodestrukcyjnego rozważania nad swoim losem, ale nie, postać ewidentnie czeka. Gdyby myślała nad czymś kolejne myśli przerywałaby łykiem herbaty a tak kubek jest zawieszony w bezruchu.
Kolejne błyski, oczekiwanie na grzmot, w tle słychać motyw fortepianowy Mansela ze "Źródła". Znowu, raz po razie "flesz" rozświetla pomieszczenie, postać dalej czeka na grzmot jakby był potwierdzeniem błysków, potwierdzeniem efektów rozmyślań, kropką.
Nagle postać wstaje, najwyraźniej niezadowolona z przerwanej słowiańskiej zadumy. Udaje się do toalety.
Grzmot. Seria potężnych grzmotów.
I tak o to potwierdzenie i kropka spłynęły w kiblu, myśli zespojone w oczekiwaniu grzmotu, który miał je ostatecznie zamknąć wybuchły tysiącami nic nie znaczących haseł.
Tak oto natura człowieka pokazała gdzie ma sferę duchową.

poniedziałek, 2 lipca 2007

Białe Noce

Gdzieś w roku 1848, Fiodor Dostojewski napisał:

"Była cudowna noc, taka noc, drogi czytelniku, jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodzi."

"Wydało mi się nagle, że mnie, samotnego, wszyscy opuszczają i że wszyscy odwracają się ode mnie. Naturalnie, każdy ma prawo zapytać: któż to ci wszyscy? Bo przecież już osiem lat mieszkam w Petersburgu i nie umiałem zawrzeć prawie żadnej znajomości. (...) cały Petersburg ruszył z miejsca i nagle wyjechał na letnisko. Samotność zaczęła mnie przerażać i całe trzy dni włóczyłem sie po mieście w głębokim przygnębieniu absolutnie nie rozumiejąc co się ze mną dzieje. Czy pójdę na Newski, czy pójdę do parku, czy włóczę się po bulwarze - ani jednej twarzy spośród tych które przyzwyczaiłem się spotykać na tym samym miejscu, o określonej godzinie, przez cały rok.

"Noce moje zakończyły się porankiem. Dzień był brzydki. Padał deszcz i ponuro dzwonił w szyby, w pokoiku było ciemno, na dworze pochmurno".

W roku 2007. Jarek Dylewski przytoczył.
Ot tak, z czystej potrzeby.


Teraz pada deszcz, a ja zamiast reagować, zastanawiam się, czy warto iść ściągnąć pranie ze sznurka.

czwartek, 28 czerwca 2007

?

A co, gdybym powiedział że świat, oglądany przez pryzmat szkła butelki, jest tak samo dziwny jak widziany przez zbite okulary?

Zapewne miałbym rację. Bo tak samo nikt nie jest wstanie określić obrazu zbitych okularów, jak obrazu po alkoholu.

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Natura vs Głownia

Otworzyłem okno w kuchni. Położyłem notatki na stole i czekałem.

Gołąb nie nadleciał.

Notatki będę musiał osrać sam.

wtorek, 19 czerwca 2007

Natura vs Wańkowicz

Gołąb wleciał do kuchni. Z początku posiedział trochę na patelni następnie przesiadł się na otwarte skrzydło okna. I siedział. Nie przeszkadzałem mu w siedzeniu tak jak on nie przeszkadzał mi w leżeniu. Symbioza polegająca na wzajemnym nieprzeszkadzaniu sobie. Chciałem dać mu kaszy ale uznałem że to by była zbędna ingerencja, jak będzie chciał to sobie otworzy szafkę i weźmie.

Nagle ptaszyna nawiązała ze mną kontakt, światopoglądowy. Otóż jako że jest gołębiem nie może mi powiedzieć co myśli, musi zatem posługiwać się gestami. Gestem takim było osranie 62 strony książki Dr Zmorzyńskiego dokładnie na nazwisku "Wańkowicz".

Mądra bestia.



P.s.
(Powyższe zdarzyło się NAPRAWDĘ)

czwartek, 7 czerwca 2007

Sejmowa

Ludzie są z natury źli. Źli ludzie są. Mają myśli złe. I nastawienie, po prostu źle myślą. Naturalnie problemem naszego społeczeństwa są źli ludzie. Mają złe myśli, i nastawienie takie, złe.

Obiecuje że jak zostanę wybrany, każdy człowiek będzie dobry.

środa, 30 maja 2007

Ściana

Pogrążony w letargu wpatrując się w ścianę, jakby mimowolnie, chwyciłem ołówek.
Drewniany, prosty, krótki jak fiut nietoperza. Wala się tego po pokoju pełno, ostatecznie są za darmo.
Staje przed ścianą i tak sobie myślę:
(...)
Wraz z pierwszymi liniami pojawiają się pierwsze myśli:

Kraków - kółko
Gdynia - kreska
Studia - kreska
Brak kasy - kreska
Burczy w brzuchu - brzuszek
Chce mi się lać - brzuszek
Ktoś drze mordę za oknem - kreska
Polityka, Bóg, Miłość, Sex, Nauka, Sex, Życie, Dupy, Sex, Dupy, Wojna, Sex, Pokój, Dupy, Ona, Ja, Sex, Ojczyzna, Bóg - kreski brzuszki kreski kółka, brzuszki kreski kropki, kreski proste, krzywe, skośne.
Teletubisie, Sesja, Kaczyńscy, Dupa1, Emigracja, Praca, Dupa2, Dupa1, Dupa2, Alkohol, Sesja, Zdrowie, Alkohol, Zdrowie, Alkohol, Dupa1, Izrael, Palestyna, Izrael, Bal, Alkohol, Bal, Dupa1, Bal, Dupa1, Alkohol i znów kreski brzuszki kreski kreski linie krzywe, owalne, kąty ostre, rozwarte.

Skończone.
Odchodzę od ściany i z dumą patrzę na napis wyciosany pośród tego chaosu:

obracam się na brzuch i zasypiam,
dupą odwróconą do sufitu,
tak dla odmiany

Ch.Bukowski

poniedziałek, 14 maja 2007

Chwile

Przychodzą czasem takie chwile,
Kiedy robi się niemile
I wyciągasz przyjaciela na stół.
Wtedy chwytasz go za szyję,
Mówisz: całego cię wypiję,
Lecz zasypiasz wychylając ledwie pół.


Są też te momenty,
Gdy masz dosyć udręki,
I oglądasz życie przez kieliszka szkło.
Ale gdy dużo się wypije,
I kielona się rozbije,
Pryzmatem twym, butelki dno.


Najgorsze to dni takie,
Gdy życie staje okrakiem,
A w mieszkaniu nie ma co chlać.
Wtedy kąpiel na szybkiego,
I wcinasz coś lekkiego,
By jak najszybciej móc iść spać.








W.B. a.k.a. B.

Wojtek

Powiedz Wojtek czy nie smutno,
Żeś zastąpił księżycówką,
To, co matka dała Ci.
Kiedy wisisz na płocie,
Lub rzygasz w błocie,
Powiedz Wojtek,
czy nie wstyd Ci?

Znajomi zostali w tyle,
Z flaszką jak z karabinem
Walczysz z tymi co wkurwiają cię.
Nie warte miski zupy,
Wojtek, chore twe wygłupy,
Zamiast wrogów postrzeliłeś się.







Whisky Bob

sobota, 12 maja 2007

Piehrdolenhie (czyt. jak Pascal)

W czwartek ubiegły (10 maj), jak każdy czwartek, przywitał mnie dużą dawką emocji. Dawkę tę zasugerowano bym opisał, ale co tu opisywać? Powiem tylko tyle (kwestię poniżej czytamy jak Pascal ten od zdrowych przepisów)

Jeżheli kthoś nie widzie tegho żhe jhest jhebhnięte to nhawet jha mu nhie pomoghe.

I takie mam stanowisko w tej sprawie.

Polityczna poprawność? Nie, nihilizm.

Bezsenność

Wstaje. Śmierdzę. Myje się.......śmierdzę.
Jeden z tych dni podczas których głowa ciąży a za nią całe ciało. Nic się nie chce, pić sie nie chce, srać sie nie chce. Nie chcieć się też nie chce. Chciałoby się chcieć, ale się nie chce. Otwieram jedną książkę, czytam rozdział, odkładam. Biorę gazetę, przeglądam obrazki odkładam. Z obrzyganego okna mojego pokoju wyglądam dup ale szybko mi się to nudzi, istotą dupy jest to że jest tylko dupą i nic z tym nie możemy zrobić. Robie pompki, jedna, dwie, dziesięć, dwadzieścia, a właściwie to po co? Koniec.
Dzień mija na piciu wina z kolegą z pokoju. Pierwsze, dyskusja o kobietach, gównie, sąsiadach, drugie, o życiu, kobietach, trzecie, nihilizm: twierdzenie, wzruszenie ramionami, łyk i tak dalej. I ciągłe gapienie się przez to brudne okno, raz na logo piekarni, raz na przystanek lub dupę. Logo, przystanek, piekarnia, przystanek, tramwaj, przystanek, dupa.
Obserwując szybę zauważyć można próby mycia o czym świadczą smugi i zacieki, obrzydliwe, ale to nic w porównaniu z tym co jest po drugiej stronie.

I mija dzień, w głowie szumi. Wino ma niesamowitą właściwość usypiania, prawie jak prochy tylko w przypadku wina ma się okazję zrobić coś głupiego przed snem, dla przykładu napisać notkę na blogu.

poniedziałek, 7 maja 2007

And the song remains the same

Pociąg. Jedenaście godzin męczarni i walki z nieustającym szumem za oknem.

Gdynia, Sopot, Gdańsk, Tczew, pierdole, Warszawa, sranie, Kraków.

Stawiasz buta na tym osranym betonie, tu i tam projekcje ludzi dla których sam jesteś hologramem który zaraz zniknie za rogiem pozostawiając po sobie jak najbardziej rzeczywisty smród zaschniętego potu.

Śmierdząca tramwajowa komuna, chaos i oblewające człowieka pierdolenie.
Pierdolenie, pierdolenie, pierdolenie, pierdolenie zlewające się z pracą silnika. Tramwaj stop, pierdolenie stop, tramwaj start, pierdolenie start. Dokładnie jakby ludzie nie mogliby pierdolić w ciszy, czekają na ruch tramwaju, chaos, szum, aby ukryć pierdoloność swojego pierdolenia.
Tylko smród jest wartością niezmienną.
Różowa kamienica, mieszkanie, smród. Brudne okna, niezamieciona podłoga, lepki od brudu blat w kuchni, obrzygany resztkami "obiadu" stół.

Ziewnięcie, pierdniecie i szklanka whisky, jedyne, na co ma sie ochotę.

Świat się zmienia, ale ten blues nie.

niedziela, 6 maja 2007

Myśl

Szukałem wieży Babel,
trafiłem.......
pod Wawel.

czwartek, 3 maja 2007

O ubogim dyskursie.

Czyli o ubogim repertuarze tematów do rozmowy i roli bloga w jego
powiększaniu.



Są momenty w których człowiek, chcąc tego czy nie, rozstaje się z ludźmi na dłużej. Studia, praca, wojna, mariaż, przeprowadzka etc. etc. . I jakbyśmy się nie starali kontakty się zacierają, sam poznajesz nowych ludzi, starzy znajomy mają teraz nowych znajomych, koło się toczy.
W dzisiejszych czasach kiedy nawet sąsiedzi rozmawiają przez GG może nie jest to jakaś znacząca sprawa. Ale w dalszym ciągu, chwała Bogu, są ludzie na świecie dla których kontakt fizyczny (bez świntuszenia!) z drugą osobą jest najlepszą formą komunikacji i wtedy pojawia się problem.

Po długim niekontaktowaniu się zaczyna brakować tematów do rozmowy. Nie miejcie złudzeń, Gadu-Gadu was nie uratuje, komunikatory internetowe nie wnoszą do korelacji wspólnoty doświadczeń która jest podstawą do rozmowy.
Dochodzi do spotkania z osobą której się długo nie widziało i specjalnie nie wiadomo o czym rozmawiać. O studiach, ale to krótki temat albo lepiej w ogóle go nie poruszać, o wspólnych znajomych, też nie jest to skarbnica tematów (chyba że ktoś z zawodu jet dupoobrabiaczem). Rozmowa ciągnie się i klei, z większością rówieśników nie porozmawiasz o nowo przeczytanej książce tak samo wielu osób w wieku naście +- 4 lata nie rajcują tematy polityczne.

Jesteś w kropce.

W takiej sytuacji znalazłem się wczoraj (środa). Siedzisz w knajpie przy herbacie i z trwogą patrzysz jak się kończy. Każdy łyk jest momentem usprawiedliwionej i zrozumiałej ciszy, rozmowa się rozłazi tak bardzo że chciałbyś aby ten łyk trwał kilkanaście minut. Pusta filiżanka odbiera wszelką nadzieję.
Długa nieobecność jednej osoby w życiu drugiej rodzi dystans (tak usilnie kiedyś zwalczany). Nie ma wynurzeń. Sucha rozmowa, i nic do popicia. I wtedy pojawia się zbawienie i to w najmniej oczekiwanej formie.
Nigdy nie spodziewałem się że słowa:
"Byłam na twoim blogu"
Mogą uratować wieczór. Mimo że nie lubię się tłumaczyć z tego co piszę, to w czasach tak wybrakowanych intelektualnie przez powszechność mediów trzeba się bronić........
........blogiem.

czwartek, 26 kwietnia 2007

Spowiednik Whisky Boba cz.1

Spowiedź pierwsza.
Która została usunięta ze względu na niską wartość stylistyczną i merytoryczną tekstu. Blog nie jest miejscem na tego typu wynurzenia.

Jedzcie marchewki!

Spowiedź ostatnia.

j/w

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Spotkałem kretyna

Podniesiony na duchu aurą geniusza spotkanego wcześniej skręciłem w ulicę Długosza Jana.
Po wejściu do mieszkania postanowiłem uczcić młodego szklanką Passport Scotch Whisky (kupioną w monopolowym na Kalwaryjskiej przy którym ów malec sie wywrócił) z lodem i polo coctą. Przygotowawszy sobie napój poszedłem do kibla odlać się. Skończywszy proces wcześniej wspomniany udałem się do pomieszczenia obok w celu oczyszczenia rąk od potencjalnych zagrożeń.

Spojrzałem w lustro, zobaczyłem siebie. Umyłem ręce, wytarłem je w niebieski ręcznik i spojrzałem jeszcze raz, brudne okulary, nieestetyczna bródka, niedogolony, ale to wciąż byłem ja. Uniosłem szklankę whisky (która towarzyszy mi od momentu przyrządzenia non-stop) wziąłem delikatnego łyka i spojrzałem w lustro. Przyglądałem się lustrzanemu odbiciu szklanki z ciemnym płynem, lustro było w tym miejscu umazane pastą do zębów ale poza tym obraz pozorny whisky niczym się nie różni od rzeczywistości, rozglądam się a obok drinka odbicie jeszcze kogoś, kogoś znajomego. Przyglądam się głębiej i widzę kretyna.

Poruszony tym faktem wziąłem szybkiego gula ze szkła i podreptałem w niebieskich klapkach firmy "Sunrise" do pokoju gdzie żaden kretyn do szklanki mi nie zagląda.

Spotkałem geniusza

Idąc wzdłuż ulicy Kalwaryjskiej w Krakowie z kiełbasą toruńską w kieszeni i wodą w prawej dłoni, spotkałem geniusza.
Ów człowiek przewróciwszy się na chodnik rzekł do starszej kobiety stojącej obok:

"Babciu, ale to życie ciężkie"

Ten, na oko, sześciolatek nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest geniuszem.

sobota, 21 kwietnia 2007

Whisky Bob cz. II

Kładąc się wczoraj spać pomyślałem że niektórzy mogliby źle zrozumieć koncepcję "Whisky Boba". Otóż nie jest to postać zupełnie fikcyjna. Kim zatem będzie Whisky Bob? Whisky Bob to będzie nikt inny jak autor, jak obywatel 87103015634, wszystkie wydarzenia i przemyślenia będą rzeczywiste. Na czym będzie zatem polegała wirtualność owego "ego"? No cóż przemyślenia zanim trafią na bloga przechodzą długi proces weryfikacji i jeszcze dłuższy proces polegający na złożeniu ich i nadaniu formy a na to ostatnie składa się szereg innych zabiegów np. dobranie formy "pseudo-intelektualnej" "cynicznej" "ironicznej" "prostackiej" czy "pseudo-artystycznej" a dobór każdej z tych form wiąże się z kolejnym procesem doboru kodu czy też dyskursu jaki zostanie zastosowany.

Jak widać sądy jakie zostaną tu przedstawione przechodzą przez tak długi szereg różnych filtrów że w rzeczywistości bym ich nie wygłosił w normalnej rozmowie także to co zostanie napisane przez Whisky Boba jest "wirtualne".

Pozdrawiam i zapraszam ponownie
obywatel 87103015634

piątek, 20 kwietnia 2007

Whisky Bob

Blog, tania imitacja własnego ja. Darmowe narzędzie do budowania własnego, unikalnego i skrupulatnie przemyślanego wirtualnego ego ku uciesze innych wirtualnych imitacji. Wynalazek ten budzi mieszane emocje. O swoim pierwszym blogu zapomniałem już dawno ze względu na jego kontrowersyjną przeszłość lecz godzinne gapienie się w wizualizacje do piosenek Staszka Staszewskiego w końcu nakłoniło mnie do uległości wobec potęgi internetowego trendu. Co z tego wyniknie? Czas pokaże. "Kolejny blog bez profilu" mogłoby się wydawać, otóż nie profil jest i to całkiem nieprzeciętny, profilem jest Whisky Bob czyli wirtualne ego obywatela numer 87103015634.

Pozdrawiam oraz zapraszam wkrótce,
Whisky Bob