Jeden z tych dni podczas których głowa ciąży a za nią całe ciało. Nic się nie chce, pić sie nie chce, srać sie nie chce. Nie chcieć się też nie chce. Chciałoby się chcieć, ale się nie chce. Otwieram jedną książkę, czytam rozdział, odkładam. Biorę gazetę, przeglądam obrazki odkładam. Z obrzyganego okna mojego pokoju wyglądam dup ale szybko mi się to nudzi, istotą dupy jest to że jest tylko dupą i nic z tym nie możemy zrobić. Robie pompki, jedna, dwie, dziesięć, dwadzieścia, a właściwie to po co? Koniec.
Dzień mija na piciu wina z kolegą z pokoju. Pierwsze, dyskusja o kobietach, gównie, sąsiadach, drugie, o życiu, kobietach, trzecie, nihilizm: twierdzenie, wzruszenie ramionami, łyk i tak dalej. I ciągłe gapienie się przez to brudne okno, raz na logo piekarni, raz na przystanek lub dupę. Logo, przystanek, piekarnia, przystanek, tramwaj, przystanek, dupa.
Obserwując szybę zauważyć można próby mycia o czym świadczą smugi i zacieki, obrzydliwe, ale to nic w porównaniu z tym co jest po drugiej stronie.
I mija dzień, w głowie szumi. Wino ma niesamowitą właściwość usypiania, prawie jak prochy tylko w przypadku wina ma się okazję zrobić coś głupiego przed snem, dla przykładu napisać notkę na blogu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz